STOWARZYSZENIE TWÓRCZE POLART

POLSKA SZTUKA - MALARSTWO - RZEŹBA - GRAFIKA

Nr 27/2015

W numerze:

Słowo od redaktora 

Joanna Krupińska-Trzebiatowska rozmawia z Danutą Ziernicką

8. Festiwal "Wawel o zmierzchu"

III Międzynarodowy Festiwal "Związki pomiędzy kulturą Południa a Północy /Schubert-Chopin-Grieg/. Wzajemne inspiracje i rezonans w malarstwie i literaturze"  

Józef Lipiec  

Samotność i uczestnictwo

Stanisław Dziedzic 

Antynomie papieskiej koleżanki (Danuta Michałowska)

Mieczysław Czuma

Call &  response. Inni o Loeblu

Jarosław Sawic

Przedśpiew. Rozmowy z Bogdanem Loeblem

Marek Sołtysik

Miało nie być Iredyńskiego

Janusz Orlikowski

Wiersze

Wyznanie wiary Wilhelma de Kostrowickiego alias Apollinaire

w przekładzie i adaptacji Jerzego Tuszewskiego

Andrzej Bogunia-Paczyński

Teatr na Grzegórzkach

Jurata Bogna Serafińska

Pojęcie życia w starożytności i dzisiaj

Bolesław Faron

Bronek z Obidzy

Sander de Vaan w rozmowie z Józefem Baranem

Tratwa na pełnym morzu

Wit Jaworski

Wiersze

Ignacy S. Fiut

 Imputacje poetyckie Wita Jaworskiego

Bolesław Faron

Bieszczadzkie anioły

Beata Klimowicz

Pytania z anatomii pisania do Marka Sołtysika

Danuta Sułkowska

Atarowie i dinozaury

Z Tadeuszem Strugałą rozmawia Izabela Jutrzenka-Trzebiatowska

 Izabela Jutrzenka-Trzebiatowska

Wawel. Muzyka o zmierzchu

WYWIAD

http://www.ibuk.pl/fiszka/120409/hybryda-pismo-artystycznoliterackie-stowarzyszenia-tworczego-polart-nr-242014.html

MICHAŁ BUCZAK

JOZEF LIPIEC - CZŁONEK RADY PROGRAMOWEJ

Nr 25/2015 

W numerze:

Joanna Krupińska-Trzebiatowska

Słowo od redaktora

Józef Lipiec

Entelechia. Doskonałość, pełnia, optimum

Andrzej Napiórkowski

Teologia Świętych obrazów

Jurata Bogna Serafińska

"Mistrz i Małgorzata". Przestrzeń i czas w powieści M.Bułhakowa

Anna Szklarska

O teorii pisma i dekonstrukcji w filozofii Jacquesa Derridy

Wzornictwo z Krakowa

Andrzej Ziębliński

Katedra Sztuk Wizualnych WFP ASP KRAKÓW

Anna Myczkowska-Szczerska

Profesor

Marek Sołtysik

Eugeniusz Tukan-Wolski czyli sztuka w czystej postaci

Jubileusz Profesora Tadeusza Strugały w EUROPEUM

POLART w Wiedniu

Jakub Wolski

Nosorożec tańczący. Suita poetycka

Jolanta Baziak

Wiersze

Jubileusz Profesora Józefa Sękowskiego

Elżbieta Wojnarowska

Wiersze

Roma Jegor

Wiersze

Ignacy S.Fiut

O poezji epizodycznej

Danuta Sułkowska

We śnie i na jawie po meandrach bytu

Hanna Wietrzny

Harmonia

Anna Szumowska-Chudzińska

"Otwierajcie oczy i patrzcie". Wędrowanie w Teatrze STU

Julian Kawalec

Wiersze

Janusz Trzebiatowski

Pożegnanie

Kazimierz Świegocki

Niepojęty logos znaczeń

Andrzej Bogunia-Paczyński

"Mercedes" i rewolucja albo trzy bojkoty salonów

Wiesława Olbrych-Nawrocka

Poezja i antropologia

Izabela Jutrzenka-Trzebiatowska

Wielka pianistyka. Kevin Kenner w Krakowie

STOWARZYSZENIE TWÓRCZE

POLART 1990 - 2015

OBCHODZIMY XXV-lecie

Szanowni Państwo,

mało kto już pamięta, że wniosek o rejestrację Stowarzyszenia Twórczego

POLART został złożony w ówczesnym Sądzie Wojewódzkim w Krakowie

30 kwietnia 1990 roku. Spośród osiemnastoosobowego Komitetu Założycielskiego

nie wszyscy doczekali dwudziestopięciolecia. W międzyczasie odeszli od nas:

Eugenia i Zbigniew Zdebscy, Andrzej Pollo, Jadwiga Rubiś, Irena Wierzbanowska-

Kawalec, Jerzy Madeysky, a ostatnio wybitny pisarz Julian Kawalec. Niektórzy

też z racji wieku wycofali się z życia społecznego, a pomimo to liczba członków

w bieżącym roku przekroczyła magiczną liczbę stu, której w założeniu mieliśmy nigdy nie przekraczać chcąc pozostać organizacją elitarną.

W 1998 ukazał się pierwszy numer HYBRYDY i jedyny pod redakcją

Andrzeja Pollo. Pismo natomiast na przestrzeni minionych szesnastu lat pod moim kierownictwem - w niewielkim stopniu zmieniło swój kształt,

i podwoiwszy jedynie objętość nadal służy dokumentowaniu działalności stowarzyszenia

i sukcesów jego członków. Pojawiały się w nim niepublikowane

nigdzie indziej fragmenty prozy; poezji, eseje, a równocześnie odnoszące się do

nich opracowania krytyczne literaturoznawców, a z czasem zaczęły ukazywać

się w nim regularnie recenzje książek poetyckich, między innymi za sprawą

profesora Ignacego S.Fiuta. Należy podkreślić, że HYBRYDA rodziła się na

przestrzeni minionych lat wielkim społecznym wysiłkiem wielu ludzi, a w tym

autorów i redaktorów, którym należą się w tym miejscu szczególnie gorące słowa

podziękowania.

Za niewątpliwy sukces uznane zostały wszystkie Wielkie Salony Sztuki

POLART-u, jakie odbyły się w ciągu ćwierćwiecza, jak choćby XI z 2006 roku

i XV z 2010 roku, obydwa w Nowohuckim Centrum Kultury, którym zarządzał

jeszcze wówczas Ferdynand Nawratil, czy też XVI zorganizowany

w Domu Polonii w Krakowie i przeniesiony jesienią 2013 do Wiednia. Były

też organizowane mniejsze wystawy, w tym indywidualne, między innymi

w prowadzonej przez Hannę Wojterkowską-Haber Galerii Piano Nobile

w Krakowie, a nawet wystawy jednego dzieła, jak na przykład Janusza Trzebiatowskiego

w Salonie Muzycznym prof. Elżbiety Stefańskiej w 2011 roku.

Za spektakularny wręcz może uchodzić ostatni, XVII Wielki Salon Sztuki

zorganizowany wiosną 2014 w Kopalni Soli "Wieliczka", miejscu magicznym

przyciągającym tłumy turystów. Wystawie, w której wzięło udział osiemnastu

najwybitniejszych polskich malarzy i rzeźbiarzy, towarzyszyły dwa koncerty; jeden austriackiej pianistki polskiego pochodzenia Kathrin Buczak podczas  wernisażu, a drugi – Trio Bogusławy Hubisz-Sielskiej – przy okazji jej zamknięcia, wpisując się jednocześnie w II Międzynarodowy Festiwal Związki pomiędzy kulturą Południa a Północy Schubert - Chopin - Grieg - wzajemne inspiracje i rezonans w malarstwie i literaturze.

Uroczyste zamknięcie festiwalu nastąpiło jesienią, 3 października 2014 w Europeum, gdzie dzięki życzliwości dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie Zofii Gołubiew, świętowaliśmy jubileusz 60-lecia pracy twórczej wybitnego polskiego dyrygenta Tadeusza Strugały.

Nie było to zresztą pierwsze Walne Zgromadzenie Członków Stowarzyszenia Twórczego w Muzeum Narodowym, bo już wcześniej wiosną 2011 roku Zofia Gołubiew gościła POLART w Sukiennicach, zaś obrady poprzedzone zostały zwiedzeniem Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku. Nie sposób wymienić w telegraficznym skrócie wszystkich wydarzeń jakie wpisały się w dwudziestopięcioletnią historię POLART-u. Można natomiast zauważyć ich ciągłość, płynne przechodzenie od jednej dziedziny sztuki do innej, od malarstwa i rzeźby do literatury, a także stałą obecność muzyki, znamionującą interdyscyplinarny charakter niemal każdego zgromadzenia. Muzyka też bywała różna począwszy od klasycznej w wykonaniu klawesynistki Elzbiety Stefańskiej, organistów Macieja Zborowskiego i Krzysztofa Latały, harfistki Malwiny Lipiec, pianistek Magorzaty Jaworskiej i Izabeli Jutrzenka-Trzebiatowskiej czy wreszcie grającego na gitarze klasycznej Jana Oberbeka, aż do bardowskich recitali Leszka Wójtowicza czy Elzbiety Wojnarowskiej w Piwnicy pod Baranami. O wielkiej sile POLART-u świadczy też zawiązana w ostatnich latach współpraca międzynarodowa z organizacjami pozarządowymi w Austrii, Norwegii,w Niemczech i na Węgrzech.

 Planujemy zorganizowanie w 2015roku kolejnej edycji Międzynarodowego

Festiwalu, tym razem pod zmienioną nieco nazwą: Chopin i jego rezonans

w muzyce, malarstwie i literaturze. Od Paderewskiego do Maciejewskiego - i co ważniejsze w kooperacji nie tylko z Polsko-Austriackim Towarzystwem Kulturalnym TAKT z Wiednia, ale również z Polskim Towarzystwem Kulturalnymim. Józefa Bema na Węgrzech, które przystąpiło do współpracy z POLART-em już latem 2014. Jeśli nasz plan się powiedzie, wystawa, taka jak tamta w Kopalni Soli "Wieliczka",

zostanie zaprezentowana jesienią 2015 w Wiedniu, a towarzyszyć jej będzie cykl koncertów muzyki polskiejoraz spotkania poetyckie. Zależy nam na stworzeniu dwujęzycznej antologii poezji polskiej z udziałem poetów emigracyjnych oraz zaprezentowaniu jej za granicą, a także na aktywnym uczestnictwie w tym projekcie polskich artystów mieszkających na stałe za granicą a od lat należących do Stowarzyszenia Twórczego POLART. W tym miejscu chciałabym przypomnieć, że pierwsze spotkanie poetyckie odbyło się w "Trzebiatówce" jesienią 1995 roku równocześnie

z otwarciem galerii autorskiej Janusza Trzebiatowskiego, a drugie pięć lat później wiosną2000 roku z udziałem znakomitych krakowskich poetów,

którzy wówczas dołączyli do grona stowarzyszonych,Józefa Barana i Adama Ziemianina. Swoje wiersze czytał też znany dotychczas przede wszystkim jako prozaik Julian Kawalec, a między innymi utwór dedykowany Januszowi- Trzebiatowskiemu Wierzby nad wodązaczynający się od słów: Szept to był/ a może nawet ciche wołanie/Nie rozkaz, nie żądanie/Ale pokornie drżąca/ Wiekuiście codzienna, wiekuiście spełniana/ Prośba ubogiej wierzby( ...).

O ile jednak w 2000 roku Julian Kawalec zaskoczył zgromadzonych swoimi

wierszami, o tyle w 2005 roku podczas jesiennego Walnego Zgromadzenia w Loży Aktora poeta Józef Baran wystąpił z książką prozatorską Koncert dla Nosorożca.  Wracając jednak do bieżącego numeruHYBRYDY, a jest to numer poniekąd też jubileuszowy, bo dwudziesty piąty, zwracam Państwa uwagę na obszerny materiał przygotowany przez profesora Andrzeja Zięblińskiego z okazji 50-lecia Wydziału Form Przemysłowych Akademii

Sztuk Pięknych w Krakowie, którym od lat kieruje. A jeśli już mowa o jubileuszach, poza wspomnianym świętem profesora Tadeusza Strugały,

odnotowaliśmy też 75-lecie urodzin znakomitego rzeźbiarza profesora Józefa Sękowskiego, życząc mu dalszej owocnej pracy twórczej.

Państwu, zaś życzę w nadchodzącym Nowym Roku pomyślności we wszelkich dziedzinach życia, szczególnie zaś realizacji wszystkich zamierzeń twórczych.

HYBRYDA została powołana do życia w 1999 roku w celu dokumentowania wszelkich działań Stowarzyszenia Twórczego POLART na rzecz najszerzej pojmowanej kultury. Niebawem więc Pismo świętować będzie jubileusz 15-lecia, zaś starszy od niego o dziesięć lat POLART wkroczy w drugie ćwierćwiecze.

Jubileusze, jak wiadomo, skłaniają do podsumowań i refleksji i choć nie zawsze nastrajają one optymistycznie zwłaszcza w kontekście powszechnego braku środków na kulturę,

w wypadku POLART-u jest inaczej. Nie ulega wątpliwości, że działające pro publico bono, ale jednocześnie non profit stowarzyszenie odniosło na przestrzeni 25 lat swojego istnienia pełny sukces. Wiosennym i jesiennym obradom Walnego Zgromadzenia Członków każdorazowo towarzyszyły wystawy, koncerty, spotkania literackie oraz liczne publikacje książkowe i katalogi.

HYBRYDA PISMO ARTYSTYCZNO-LITERACKIE STOWARZYSZENIA TWÓRCZEGO POLART

HYBRYDA  NR 24 /2014

W numerze:

Joanna Krupińska-Trzebiatowska

Słowo od redaktora

Joanna Janda

Wiersze

Z Joanną Jandą rozmawia Małgorzata Bugaj-Martynowska

Wojciech Jarosław Pawłowski

Wiersze

Tadeusz Różewicz

Wiersze

Bolesław Faron

Poezja małej ojczyzny. Powroty Józefa Barana do Borzęcina

Danuta Sułkowska

Za klauzurą

Jacek Romański

Niepewność istnienia Michaela Foucaulta. Studia nad czlowiekiem

Marek Sołtysik

Dramat i tryumf Marii Więckowskiej

Józef Baran

Wiersze

Z Jerzym Stryjniakiem rozmawia Joanna Cygnus

Galeria. Polart w Kopalni Soli "Wieliczka"

Jubileusz Janusza Trzebiatowskiego

Thomas Böhme

Wiersze w tłumaczeniu Karla Grenzlera

Józef Lipiec

Zazdrość

Anna Wywioł

Erzatz – wystawa Sławy Harasymowicz – w MEK

Elżbieta Musiał

Wiersze

Ignacy S. Fiut

Poezja zrodzona z przeżycia utraty bliskich

Danuta Hanna Jakubowska

Strażnik szlachetnej pamięci

Hanna Wietrzny

Wiersze

Andrzej Bogunia-Paczyński

Lucienne Boyer w Krakowie

Joanna Krupińska-Trzebiatowska

Zdrada / Fragment niepublikowanej powieści /

Z Kevinem Kennerem rozmawia Izabela Jutrzenka-Trzebiatowska

Joanna Krupińska-Trzebiatowska

Zdrada / Fragment niepublikowanej powieści /

Lwów na przełomie wieków upodabniał się do Wiednia. Obok starego, historycznego śródmieścia z trzema katedrami – rzymskokatolicką, grekokatolicką i ormiańską – wyrastały imponujących rozmiarów budynki publiczne, a nowoczesną neogotycką architekturę reprezentowały gmachy Uniwersytetu Jana Kazimierza, Politechniki oraz Sejmu Krajowego. W 1870 roku, po przekształceniu się Austrii

w dualistyczną monarchię Austro-Węgierską, przyznano miastu autonomię, dzięki czemu stało się wnet oazą polskości. Na placu Mariackim pojawił się pomnik Adama Mickiewicza a w eleganckich kawiarniach mówiono i śpiewano po polsku. Rozprawiano też o przyczynach upadku Rzeczypospolitej. To był temat wiodący, a najwięcej rzecz jasna mieli do powiedzenia historycy skupieni wokół hrabiego profesora Stanisława Tarnowskiego, z którym

w serdecznych stosunkach pozostawała Katarzyna Glińska.

Katarzyna Glińska wydawała wystawne przyjęcia we Lwowie, na które ściągała rodzina z całej Galicji,

a także bale w nie tak dawno ukończonym pałacu w Truskawcu z cudowną salą balową pełną kryształowych luster i kandelabrów. Ten pałac stojący w tętniącym życiem, niezbyt odległym od Lwowa uzdrowisku z zakładem kąpielowym

i leczniczymi wodami, stał się rajem dla dzieci mojej prabaki z hr. Zborowskich Heleny Hardtowej zajmującej z konieczności nie dość obszerne mieszkanie we Lwowie. Miało wszelako jedną zaletę. Było położone w samym sercu miasta nieopodal Politechniki. Blisko stąd było i do katedry i do opery. Nie było przyjęcia, na które Katarzyna Glińska nie zaprosiłaby i to ze stosownym wyprzedzeniem swej siostry z Dubiecka, ale starsza od niej o blisko dwadzieścia lat Maria Zborowska każdorazowo znajdowała jakąś mniej lub bardziej prawdopodobną wymówkę. Wszyscy wiedzieli, że nie przyjedzie, bo nie chce spotkać się z Heleną zanim ta nie wróci do rodzinnego domu niczym Henryk do Canossy i nie ukorzy się przed matką.

Stanisław Hardt po przeprowadzce do Lwowa podjął studia na wydziale prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza i wkrótce zaczął uważać się za najmądrzejszego człowieka z całej rodziny.

– Ależ z ciebie besserwisser – żartowała Helena aczkolwiek niezadowolona, że syn wyraźnie odcina się od reszty rodzeństwa.

– Jak możesz? – zwróciła mu uwagę widząc, że szczególnie ostentacyjnie lekceważąco odnosi się do Adeli, która jego zdaniem nie odebrała odpowiedniego wykształcenia, co po części było prawdą. Ada miała natomiast to, czego inni nie mieli, cudny głos i ogromne zacięcie artystyczne, ale tymi zaletami nie potrafiła niestety bratu zaimponować, a co więcej drażniło go jej nieokiełza ne poczucie humoru

i perlisty śmiech, który od rana do nocy słychać było w całym domu. Pomimo że natura obdarzyła ją pięknym koloraturowym sopranem

i wielką wrażliwością muzyczną śpiewać w operze jej nie pozwolono, mówiąc krótko, lecz stanowczo:

– Ada! To nie wypada!

Dała za wygraną i poszła do modystki projektować wielkie kapelusze strojne w kwiaty i strusie pióra, z których każdy mógł uchodzić za swoistego rodzaju dzieło sztuki. Była ulubienicą matki, czego również brat nie mógł jej darować. Dziwił się, że za tą, na pierwszy rzut oka, niepozorną blondynką podąża stale sznur adoratorów.

Na jednym z karnawałowych bali w 1905 roku najstarsza córka Heleny, Amalia Hardtówna poznała swojego przyszłego męża Adama Zacharewicza, o ćwierć wieku starszego od niej owdowiałego ziemianina ,

i choć długo się wzbraniała, w końcu pod presją matki zdecydowała się go poślubić. Ślub odbył się w Katedrze Lwowskiej.

– To tutaj 1 kwietnia 1656 roku Król Jan Kazimierz oddał cały kraj pod opiekę Matki Bożej obwołując Ją Królową Polski – pomyślała Helena w chwili, gdy jej najstarsza córka zmierzała w kierunku ołtarza. Powinna być dumna i zadowolona, zwłaszcza że ślubu młodej parze udzielał sam metropolita lwowski arcybiskup Józef Bilczewski od lat zaprzyjaźniony z rodziną pana młodego, a jednak z nagla ogarnęła ją fala wątpliwości i wyrzutów sumienia. Kilka tygodni później odbył się ślub najstarszej córki Teresy i Michała Stankiewiczów, Stanisławy, z Sylwestrem Oczkowskim, na którym Amalia się nie pojawiła. Helena zaniepokojona nieobecnością córki postanowiła ją odwiedzić i wtenczas po raz pierwszy zobaczyła w jej oczach piekło.

– Jak mama mogła zgotować mi taki los?

Widać było, że młoda kobieta nigdy nie zdoła pokochać swojego męża i że każde dotknięcie jego ręki, każde zbliżenie ją mierzi.

– Czuję do niego wstręt! – rzuciła matce prosto

w twarz.– Nigdy nie będę miała dzieci.

– Ależ to przystojny mężczyzna – chciała powiedzieć Helena, ale nie odezwała się ani słowem. Była przerażona wybuchem córki, gdyż takiego obrotu sprawy nie zdołała przewidzieć. Kiedy więc na weselu drugiej z kolei córki Stankiewiczów pojawił się biedny jak mysz kościelna Michał Dunin-Wąsowicz, widząc na co się zanosi, Helena nie śmiała oponować.

– Będą biedni, ale szczęśliwi!

Majątek Wąsowiczów został skonfiskowany przez władze carskie po powstaniu styczniowym a Franciszek Dunin Wąsowicz, syn Franciszka Dunin Wąsowicza powstańca listopadowego, wnuk Mikołaja Dunin Wąsowicza szwoleżera walczącego w wąwozie Sammosiery pod dowództwem gen.Kozietulskiego.

znalazł się wraz z żoną Katarzyną na Syberii. Dzielna kobieta miała w sobie dość siły aby stawić czoła całemu światu. Po powrocie z zesłania, dzięki pomocy brata Franciszka, Bolesława Dunin-Wąsowicza majordomusa cesarza Franciszka Józefa, ożenionego z baronówną von Muller, osiedlili się w Galicji

i tu przyszły na świat ich kolejne dzieci: Michał, Karol i Władysław. Michał mógł liczyć wyłącznie na siebie, jednakże przed synem Franciszka Dunin-Wąsowicza, cieszącego się niegdyś sławą

i uznaniem, otwierały się wszystkie drzwi. Bywał więc w najznamienitszych towarzystwach, zamiast jednak rozejrzeć się za posażną panną i wieść u jej boku dostatnie życie, wybrał Adelę.

– Rzuciła na ciebie urok – złościła się matka Michała, Katarzyna Dunin-Wąsowiczowa zarzucając synowi kompletny brak rozwagi.

– Niech mama da spokój – irytował się Michał – nie ożenię się dla pieniędzy. Są potrzebne, ale same w sobie szczęścia nie dają.Katarzyna Dunin-Wąsowiczowa nie zdołała zaakceptować przyszłej synowej. Nawet argument, że matka Adeli wywodzi się ze znakomitego rodu Zborowskich nie trafiał jej do przekonania. Rozżalona powróciła do swojego Sambora

i nie przyjechała do Lwowa na ślub syna. Później tłumaczyła, że nie została w porę zawiadomiona, a innym razem, że nie mogła wyjechać, bo zaniemógł jej mąż.

Michał, choć był nieprzytomnie zakochany w Adeli zarzucał jej brak głębszych uczuć patriotycznych.

– Ależ ja jestem w połowie Francuzką – droczyła się z nim dziewczyna, a on cierpliwie tłumaczył, jakie mechanizmy zachodziły w historii Polski, by na koniec doprowadzić do jej upadku. Chciał, aby zrozumiała sytuację w jakiej znalazł się kraj po rozbiorach, jednakże uwarunkowania geopolityczne, a w tym związki

z Francją interesowały Adelę w niewielkim stopniu, nie ośmieliła się jednak okazać zniecierpliwienia, a nawet zachęcała narzeczonego do snucia dalszych wywodów, pytając, jakie są widoki na odzyskanie niepodległości.

– Niewielkie!

Był to temat numer jeden we wszystkich liczących się salonach, mówiło się o tym w kawiarniach, na balach i na ślizgawce. Rzadko kiedy bywał Michał z Adelą sam na sam. Zazwyczaj towarzyszyła im

w salonie jedna z jej sióstr, bądź Staszek Hardt. To on pewnego dnia po zajęciach na Uniwersytecie Jana Kazimierza zaprosił Michała do domu na kolację chcąc przedstawić go swoim siostrom. Zazwyczaj zachodzili całą akademicką bandą do kawiarni położonej w centrum miasta w pobliżu gmachu Uniwersytetu, ale tamtego dnia dość rychło zostali sami na Placu Akademickim. Staszek oniemiał widząc, jak wielkie wrażenie wywarła Adela na jego koledze.

– Spodobała mu się Adela, a nie piękna Amalia albo jeszcze piękniejsza od niej Józefina, której królewska wręcz aparycja przyciągała wzrok przechodniów na ulicy – zachodził w głowę, nie pojmując, jak to się mogło stać, a co więcej, on urodzony racjonalista, gotów był na koniec uznać, że Ada zahipnotyzowała Michała swoimi ogromnymi szarozielonymi oczami. I dopiero gdy pewnej nocy Michał zaczął nucić jakiś szlagier Stanisław Hardt doznał nagłego olśnienia, że siostra jest jak mieszanka wybuchowa, a jej wulkaniczny temperament działa, jak magnes.

– To wariatka – orzekł widząc, jak wielkie nadzieje Ada wiąże

z Michałem i czym prędzej wszelkimi siłami starał się jej uświadomić smutną prawdę, że panna bez posagu nie jest odpowiednią partią dla zubożałego szlachcica. Wtedy też po raz pierwszy zobaczył, do czego jest zdolna siostra w przypływie furii. Gdy zaczęła krzyczeć, że to nieprawda, rzucając przy tym w niego czym popadło, Stanisław Hardt salwował się ucieczką i dał za wygraną, z nieco większym dystansem wszelako zaczął odnosić się do kolegi. Ten jednak niebawem wprawił go w osłupienie deklarując poważne zamiary wobec Ady. Odtąd też Michał został stałym bywalcem salonu Heleny Hardtowej i od samego początku zaskarbił sobie jej sympatię.

Michał opowiadał o tułaczce swoich rodziców po Syberii i o Samborze, nieopodal którego osiedli po powrocie, Helena zaś nie omieszkała wspomnieć, że jej ojciec hr. Jan Zborowski również brał udział w powstaniu styczniowym, a dziadek Wincenty

w listopadowym.

– Też stracili majątki, ale na szczęście udało im się uciec, bo gdyby nie, to pewnie urodziłabym się gdzieś za Uralem – żartowała Helena mająca mgliste wyobrażenie o Syberii – w Tomsku albo Irkucku. Była zaskoczona zachowaniem matki Michała, dla której wielokrotnie przekazywała zaproszenie, a która nigdy nie złożyła jej kurtuazyjnej wizyty, choć jej zdaniem powinna była oficjalnie prosić razem z synem o rękę Adeli.

– Daj im spokój – występował w obronie Michała brat Heleny, Bronisław Zborowski – ojciec Michała ma co najmniej siedemdziesiąt lat i nie ruszy się z tego swojego Sambora.

– Ależ to niedaleko – protestowała Helena ogromnie ciekawa kim są rodzice narzeczonego jej córki.

– To dobre małżeństwo – uspokajał ją Bronisław – ta kobieta spędziła razem z mężem dwadzieścia lat na zesłaniu,

a przecież nie musiała.

– Dobry Boże – westchnęła ciężko Helena. – No, ale skoro go kochała! Choć prawdę powiedziawszy trudno to sobie dzisiaj wyobrazić.

– Rzeczywiście trudno wyobrazić sobie, że po powstaniu styczniowym udało się Rosji wysłać na Syberię grubo ponad sto tysięcy ludzi – przyznał jej rację Bronisław.

– Ponad sto tysięcy? – powtórzyła Adela patrząc przy tym na wuja z niedowierzaniem. – Jakim sposobem?

– Ano skazywano ich na katorgę i pędzono pieszo w kajdanach przez Kazań, Orenburg, Tobolsk etapami po 50 kilometrów każdy. Kto nie miał siły iść dalej zostawał.

– To straszne ! – w oczach Ady pojawiły się łzy.

– Straty w powstaniu styczniowym były niewyobrażalne – dodała po chwili Helena. – Nasz ojciec widział powieszonych na Cytadeli.

– Powiesili wszystkich – potwierdził Bronisław, a jego głos zdradzał wzburzenie – 19 lipca Audytoriat Polowy wydał wyrok na Traugutta. Romuald został zdegradowany i skazany na karę śmierci. Wraz z nim stracił życie Rafał Krajewski, Józef Toczyski, Roman Żuliński.

– Zapomniałeś o Janie Jeziorańskim – dopowiedziała Helena – a przecież przyjaźnił się z naszym ojcem.

– To prawda – przyznał Bronisław Zborowski. – Wyrok wykonano 5 sierpnia 1884 roku o 10 rano. Tyle krwi przelanej poszło na marne.

– Nie na marne, mój drogi, nie na marne – zaprotestowała Helena – gdyby nie zrywy powstańcze już dawno zapomnielibyśmy

o tym, że jesteśmy Polakami.

– Na szczęście część powstańców skazano na osiedlenie bez katorgi, ale z pozbawieniem wszelkich praw i ci mieli o wiele korzystniejszą sytuację – kontynuował Bronisław Zborowski. – Ponad połowę zesłańców stanowiły osoby pochodzenia szlacheckiego, choć trzeba powiedzieć, że chłopi też brali udział w powstaniu styczniowym.

– Żeromski pisze, że byli pazerni i bezwzględni, okradali poległych – wtrąciła Józefina.

– Jedni kradli zabitym powstańcom buty, a inni walczyli – powiedział Bronisław patrząc na siostrzenicę surowym wzrokiem – nie wolno generalizować, ale czego się nie robi dla sensacji?W salonie rozległ się gromki śmiech a na twarzy Józefiny pojawił się rumieniec. Uwielbiała wuja Bronisława, ale były chwile, gdy miała ochotę go zabić. Nerwowym ruchem sięgnęła po dzbanek z herbatą tak niefortunnie, że pokrywka odskoczyła i wylądowała na spodniach Bronka. Teraz śmiał się jeszcze bardziej.

– Ostrożnie, moja panno!

Józefina była aż nadto ostrożna z natury i powściągliwa

w okazywaniu uczuć więc rzadko kiedy było wiadomo, co naprawdę myśli, teraz jednak wyglądała na osobę zbulwersowaną zasłyszaną historią.

– Myślę, że to mama powinna złożyć państwu Wąsowiczom wizytę, skoro to tak niedaleko od Lwowa, przez wzgląd na należny im szacunek. Helena nie była zaskoczona postawą córki, i jeśli w ogóle liczyła się ze zdaniem swoich dzieci, to właśnie z jej.

– Pomyślimy o tym, tymczasem jednak musimy omówić wiele spraw związanych ze ślubem.

– I menu – wystrzeliła Ada – koniecznie trzeba ułożyć menu. Chciałabym, aby na przystawkę podano pstrągi i auszpik z kaczek, a potem consmme royal i consomme aux tomates, a po nich paszteciki w muszelkach z raków, pulardy a la Bordellaise i indyki nadziewane truflami, karczochy faszerowane, bombe plombiere, no i oczywiście ogromny tort weselny.

– Ale jak my pomieścimy tylu gości? – na drobnej twarzyczce Ady pojawił się niepokój.

– Ach, o to się nie martw – roześmiała się Helena –

w organizacji przyjęć niezawodna jest ciotka Katarzyna Glińska.

– Wszelki duch pana Boga chwali, toż to ona – wydała okrzyk radości Ada na widok osoby wchodzącej właśnie do salonu.

– Przyszłam wam powiedzieć, że będzie wojna!

To mówiąc starsza pani opadła na fotel nie mogąc złapać tchu, a Helena pospieszyła do niej z flakonikiem soli trzeźwiących.

– Zabieraj to paskudztwo spod mojego nosa, bo pomaga tyle co umarłemu kadzidło.

– Filiżankę herbaty? – zapytała Helena.

– A naleweczki, to u ciebie niet?

– Jest nalewka – pospieszył nalewać Bronisław Zborowski – a jak że by mogło nie być?

– No to dawaj kochanieńki, dawaj!

– A co ty tam masz moja duszko? – zwróciła się kniazini do chowającej się za plecami matki Adeli.

– Ślubne menu? – powtórzyła w ślad za Adą z zachwytem tonem pełnym egzalatacji.

– Oby tylko wojna wam nie przeszkodziła – to mówiąc przeżegnała się – módlmy się, żeby te szalone ludzi nie wywołali znowu wojny.

– A jak tam cioci pałac jeszcze stoi? – zagadnął Stanisław Hardt.

– Jeszcze stoi, ale odkąd pojawił się tam ten Rajmund Jarosz i wykupił wszystko co tylko się dało, to nawet nie w smak mi tam jechać. Okropny człowiek, a co gorsza gdzie się obrócisz wszędzie pełno bogatych Żydów, zupełnie tak jakby Polacy nie mieli już żadnych pieniędzy, choć ostatnio w kąpielisku widziany był nawet sam generał Haller. Czy ktoś z państwa zna tego Jarosza? – w oczach starszej pani pojawiły się teraz groźne błyski. – Ponoć ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim?

– Biedna ciotka – szepnął Staszek Hardt do siedzącego obok niego Edmunda – jak tak dalej pójdzie będzie musiała odsprzedać tej nowopowstałej żarłocznej spółce swoją posiadłość.

Bywało, że salon pękał w szwach, jako że Helena prowadziła niemal dom otwarty dla rodziny i przyjaciół swoich synów i córek. Miała nie lada kłopot z wydaniem ich za mąż, tym większy, że choć wszystkie były nad wyraz urodziwe, żadna z nich nie mogła liczyć

z jej strony na najskromniejszy choćby posag.

– Musi wystarczyć nazwisko – żartowała.

Adela, w przeciwieństwie do swoich starszych sióstr, nie wdawała się w dyskusje na tematy polityczne. Niepokoiła ją natomiast perspektywa wojny, choć i ta jakoś szczególnie jej nie przerażała, bo nie miała o niej najmniejszego pojęcia. A na wojnę zanosiło się od dawna, na długo zanim padły strzały w Sarajewie. I choć wojna była tematem numer jeden, nie mniej ekscytujące były plotki na temat awantur pomiędzy znanym i cieszącym się powszechną sympatią Włodzimierzem Zagórskim, a uchodzącym za wojskowego zawadiakę Józefem Piłsudskim, który pojawiał się we Lwowie i był zagorzałym Zagórskiego adwersarzem. Czym ten mu się naraził trudno było powiedzieć.

Zagórski był mężczyzną dobrze urodzonym i wszechstronnie wykształconym, szarmanckim i o nienagannych manierach a przy tym niebywale przystojnym. Owianym lekką mgiełką tajemniczości sprawiał wrażenie niedostępnego, a to wystarczyło by wszystkie panie

i panny potajemnie się w nim kochały. Brylował w towarzystwie, które chętnie słuchało jego opowieści. Wszyscy wiedzieli, że jego ojciec, Jan Zagórski, wywieziony na Syberię po powstaniu styczniowym, zdołał stamtąd zbiec do Francji.

– Jak to możliwe, jakim sposobem mu się to udało – szeptano z podziwem i dopytywano o szczegóły.

Włodzimierz Zagórski nie ukrywał, że urodził się w Saint– Martin–Lautosgue we Francji i tam studiował prawo, a później ukończył Akademię Sztabu Generalnego w Wiedniu.

– Ach, ten jego czarująco zniewalający uśmiech – westchnęła

Ada, widząc go po raz pierwszy. Od tamtej pory pozostawała pod urokiem Włodzimierza Zagórskiego i wpadła w zachwyt, gdy ten zjawił się popołudniowej herbatce w towarzystwie Michała, do czego zapewne by nie doszło, gdyby Michał zdawał sobie sprawę, że prowadzi potencjalnego rywala do świeżo upieczonej narzeczonej. Dziwnym zbiegiem okoliczności, lub jak kto woli przypadkiem, który

w wypadkach takich jak ten słuszniej określać mianem koincydencji znaczącej, po przeniesieniu się rodziny z Rumunii do Lwowa, brat Adeli Edmund Hardt trafił do klasy prowadzonej przez Władysława Zagórskiego, stryja późniejszego generała. To on, doceniając niezwykłe cechy osobowości Edmunda, poznał ze sobą młodych ludzi, licząc na to, że się ze sobą zaprzyjaźnią. Miał też pewien cel ukryty, motywację z którą za nic w świecie by się nie zdradził, a mówiąc wprost podkochiwał się potajemnie w matce swojego wychowanka, Helenie Hardtowej, pięknej wciąż wdowie po przedwcześnie zmarłym Edmuncie Karolu, o którym wiedział tyle tylko, że pochodził z rodziny francuskich hugenotów i pochowany został w Rumunii.

Studiując w Wiedniu Zagórski zetknął się i zaprzyjaźnił ze Zbigniewem Dunin-Wąsowiczem, synem baronówny von Muller i Bolesława Dunin-Wąsowicza, który był niegdyś majordomusem dworu Franciszka Józefa. Początkowo odnosił się do młodego kadeta z wyraźną rezerwą, zarzucając jego ojcu, służącemu w austriackich ułanach, brak patriotyzmu. Gdy z kolei w jakiś czas później poznał we Lwowie Michała Wąsowicza, uchodzącego za stryjecznego brata Zbigniewa, zaczął zastanawiał się jak to się mogło stać, że dwaj bracia Franciszek i Bolesław Wąsowiczowie zajęli tak diametralnie różne stanowiska w sprawie polskiej. Zapewne też na tym by się te jego rozmyślania skończyły, gdyby nie to, że akurat wtedy musiał pilnie udać się do domu w związku z poważną chorobą matki, Anny Kozłow.

Matka Włodzimierza, była niegdyś damą dworu Romanowów, zaś jej ojciec generał Kozłow, za nic nie chciał przystać na jej małżeństwo z Zagórskim. Siedząc przy łóżku matki Włodzimierz nagle odkrył, jak dziwnie potrafią układać się losy ludzkie i jak dziwnie bywają poplątane ludzkie ścieżki. Ostatecznie doszedł do wniosku, że to baronówna von Muller odciągnęła Bolesława Dunin-Wąsowicza od sprawy polskiej. Nie wziął udziału powstaniu styczniowym i zajął się pracą u podstaw. Równocześnie w sercu Włodzimierza pojawiła się dziwna nuta czułości dla matki, która poświęciła w imię miłości do jego ojca wszystko: pozycję, majątek i rodzinę. Wtedy też okazało się, że jego własny ojciec Jan walczył w czasie powstania styczniowego niemal ramię w ramię z ojcem Michała, Franciszkiem Wąsowiczem a na Syberii połączyła ich szczególnego rodzaju zażyłość.

– Ależ doskonale pamiętam Franciszka – uśmiechnął się staruszek na samo wspomnienie wojennej przygody – namawiałem go, aby uciekał razem ze mną, ale on czekał wtenczas na żonę, która o ile dobrze pamiętam przedzierała się przez Syberię pod fałszywym nazwiskiem. Ten to miał wąsy sumiaste, jak na Wąsowicza przystało! Razem z młodym Franciszkiem pod bronią stanęli w 1863 roku jego dwaj młodsi bracia, Wojciech i ten, którego imienia nie pomnę, jako że pierwszy zginął.

Tym oto sposobem koło powiązań pomiędzy Włodzimierzem Zagórskim a Michałem Wąsowiczem i jego przyszłą żoną Adelą Hardtówną zamknęło się, zanim doszło do jakichkolwiek dramatycznych wydarzeń. Później Zagórski, już, jako oficer Sztabu Generalnego

w Wiedniu, któremu podlegali pracownicy i agenci wywiadu na terenie Przemyśla, Krakowa i Lwowa, pojawiał się co jakiś czas we Lwowie i bawił w salonie Heleny Hardtowej, i owa aura, że jest kimś ważnym i wpływowym zagęszczała się wokół jego osoby sprawiając, że podkochiwały się w nim wszystkie jej córki, nie wyłączając najmłodszej Antoniny. Równocześnie cieszył się przyjaźnią Mundka

i jego brata Stanisława i owa przyjaźń nie osłabła nawet wówczas, gdy wprowadził pod ich dach świeżo upieczonego oficera armii austriackiej, lecz wielkiego bałamutę Franza, nie podejrzewając rzecz jasna, że ten może zawrócić w głowie czternastoletniej panience, której nikt inny nie brałby poważnie pod uwagę.

Zagórski był dla Ady postacią intrygującą, zaś kobieca intuicja podpowiadała jej, że nie jest mu obojętna, wiedziała jednak, że jest to człowiek honoru i nie wejdzie w drogę przyjacielowi. Wiedziała też, że z Michałem związany był w sposób szczególny. Obaj należeli do wielkiej rodziny Sybiraków, a to były związki na śmierć i życie. Zagórski z dumą podkreślał, że jego ojciec, Jan, walczył

w powstaniu ramię w ramię z Franciszkiem Dunin-Wąsowiczem. Rozmawiali o tym często. Michał upierał się, że los powstania styczniowego był z góry przesądzony i że zupełnie niepotrzebnie zginęło ponad trzydzieści tysięcy ludzi. Zagórski natomiast uważał, że winna była zła strategia i organizacja, która doprowadziła do rozproszenia sił, a

w końcowym etapie do wojny partyzanckiej. Obaj byli zgodni, że gdyby uzyskano pomoc z zagranicy, z Francji, na którą liczono, były szanse na zwycięstwo.

Michał ukończył studia prawnicze we Lwowie, Zagórski odbywał je we Francji i Austrii. W przeciwieństwie jednak do Zagórskiego, który już w 1900 rozpoczął służbę wojskową w Cesarskiej

i Królewskiej Armii, Mchałowi nie śpieszno było do wojaczki. Zwykł mawiać, że jego rodzina zbyt wielką już złożyła ofiarę, której skutki w postaci konfiskaty całego majątku odczuwa do dziś.

– Dobrze, że przynajmniej dzieci katorżników uznawano za ludzi wolnych – podkreślał, pomny, że starsza cześć jego rodzeństwa przyszła na świat w tamtych nieludzkich warunkach. – Moja matka musiała być chyba szalona, skoro dobrowolnie skazała się na tułaczkę. Posługując się nazwiskiem Bubłyk, przemierzała gubernię Archangielską, była w Wiatce, Wołogdzie, Tobolsku, Tomsku, Krasnojarsku, Irkucku i Jakucku starając się wraz z grupą zaprzyjaźnionych osób nieść pomoc zarówno materialną jak i duchową zesłańcom. Kursowała wożąc paczki, listy i pieniądze, nierzadko wykorzystując na trasie liczne więzienia etapowe służące do transportu zesłańców. Powstały w efektcie reformy Spierańskiego, dzięki której utworzono w Tobolsku centralną administrację więzienną, prowadzącą rejestr zesłanych. Miała przestrzegać terminów zwolnień, gdyż wcześniej z reguły wszystkich zesłańców traktowano, jako dożywotnich oraz dbać o umieszczanie ich w osadach i o zapewnienie im środków do życia.

***

– Mogłabym dla niego głowę stracić – wyznała pewnego dnia Adeli w sekrecie jej starsza siostra Amalia Zacharewicz. Adela wstrząśnięta tym wyznaniem w pierwszej chwili nie zrozumiała

i zapytała, czy chodzi o Michała.

– Zwariowałaś? – odskoczyła jak oparzona Amalia. – Oczywiście, że nie. Była totalnie zmieszana, gdy w tym momencie do salonu wkroczył zabójczo przystojny mężczyzna, o którym była właśnie mowa.

– Witamy panie Włodzimierzu – wyszeptała niskim głosem o niezwykle ciemnej barwie, patrząc mężczyźnie głęboko w oczy swoimi ciemnymi, a przy tym głęboko osadzonymi oczami, co zgorszyło Adelę, bo w pewnym momencie zauważyła, że pomiędzy jej siostrą,

a przybyłym wytworzyła się dziwna siła przyciągania i widać było, że on nie może oderwać od niej wzroku. Amalia osunęła się na fotel z silnym rumieńcem na twarzy, a jej piersi falowały pod białą batystową bluzką wyraźnie się uwidaczniając.

– Zachowujesz się, jak jakaś uliczna lafirynda – oburzyła się Adela – myślisz, że on nie zauważy, że na niego lecisz?

– Celowo go prowokujesz? – ciągnęła dalej nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi. – Chcesz wywołać skandal? Co na to powie mama?

– Ależ ty jesteś naiwna Adusiu – machnęła ręką Amalia pozostawiając siostrę sam na sam z jej myślami, nie domyślając się jednak, że Ada jest zazdrosna o uczucia, jakimi Zagórski ją obdarzył. I choć nie mówił o tym wprost, wiedziała, że się w niej zakochał. Nie uszło też uwadze Heleny Hardtowej, że tych dwoje wpada na siebie nazbyt często. Początkowo wydawało się jej, że urodzony w Saint-Martin-Lautosque we Francji młody oficer darzy jej córki szczególnym rodzajem sympatii z racji ich pochodzenia i długo to trwało zanim zorientowała się, że zanosi się na burzliwy romans. W 1910 roku po ukończeniu Akademii Sztabu Generalnego w Wiedniu Zagórski został szefem sztabu VIII Brygady Piechoty w Krakowie i odtąd nie często bywał we Lwowie. Amalia natomiast wyszukiwała coraz to nowe powody, aby pojechać do Krakowa, gdzie zatrzymywała się u wuja Ignacego Zborowskiego przy ulicy Karmelickiej i praktycznie była poza wszelkim nadzorem. Helena z własnego doświadczenia wiedziała, że miłość jest jak wezbrana rzeka zrywająca tamy i mosty.

– To żywioł nie do opanowania – utyskiwała w głębi ducha, ale rzecz jasna nie mogła tego oficjalnie przyznać. Spodziewała się, że Amalia zdoła się w porę opamiętać przez wzgląd jeśli nie na męża, to na rodzinę, lecz nie wiadomo, jak by się ta znajomość skończyła, gdyby nie przeniesienie Zagórskiego do K.u.k. Evidenzbureau w Wiedniu, prowadzącego wywiad wojskowy.

Odkąd Zagórski został funkcjonariuszem II Oddziału Sztabu Generalnego podlegały mu wszystkie ekspozytury wywiadowcze (Hauptkundschaftstellen) w Krakowie, Przemyślu oraz Lwowie i wtedy też wielokrotnie kontaktował się z Józefem Piłsudskim, który składał mu systematycznie meldunki o sytuacji

w Przywiślańskim Kraju, w zamian za środki finansowe, które przeznaczał na rozwój polskich organizacji strzeleckich. Było wiadomo w pewnych kręgach, a Hardtowie do nich należeli, że Piłsudski był inicjatorem i przywódcą założonej w czerwcu 1908 we Lwowie tajnej organizacji wojskowej, której celem było przygotowanie i organizowanie przyszłego powstania zbrojnego w zaborze rosyjskim. Związek Walki Czynnej, bo o nim mowa, w 1914 liczył 7239 członków, stanowiąc trzon kadry tworzonych Legionów Polskich. Wcześniej zorganizował kilka tajnych szkół podoficerskich i oficerskich, do których rekrutowano słuchaczy głównie spośród młodzieży akademickiej. W 1910 powstał we Lwowie Związek Strzelecki, będący faktycznie paramilitarną organizacją przysposobienia wojskowego podległą ZWCz, której został komendantem, zaś szefem sztabu ustanowił Kazimierza Sosnkowskiego.

Pod ich komendą był nie tylko Związek Strzelecki, ale również Polskie Drużyny Strzeleckie.

Od sierpnia 1914 do czerwca 1916 roku Zagórski, w randze kapitana Sztabu Generalnego, został przydzielony do formowanych z udziałem Evidenzbureau Legionów Polskich, co napotkało sprzeciw Piłsudskiego. Powodem rodzącego się pomiędzy nimi antagonizmu był lojalizm Zagórskiego wobec jego austriackich mocodawców i Cesarza.

***

Michał Wąsowicz, będąc we wrześniu 1913 roku już po słowie z dwudziestotrzyletnią wówczas Adelą nie podzielał entuzjazmu, z jakim jej brat, Mundek, odnosił się do poczynań Józefa Piłsudskiego i na tym też tle dochodziło pomiędzy nim

a przyszłym szwagrem do pewnych animozji. Wiedział, że młody Hardt został zwerbowany przez kuzyna matki Wiktora Kostrakiewicza-Zborowskiego, który był jednym z organizatorów wspólnych ćwiczeń Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich

w maju 1913 roku i przestrzegał Adę przed angażowaniem się w pracę żeńskiego oddziału Związku Strzeleckiego. Był zdecydowanie negatywnie nastawiony do Polskiej Partii Socjalistycznej.

Generalnie też z żadną partią było mu nie po drodze. W jednym tylko zgadzał się z Piłsudskim, że należy wszelkimi możliwymi sposobami zwalczać Rosję, jako największego, a przy tym naturalnego wroga Polski, ale nie podzielał już jego tezy, że „niepodległość Polski jest tylko i jedynie kwestią wygranej rewolucji”. Nie podobał mu się też sposób zdobywania pieniędzy na walkę zbrojną polegający na rabowaniu austriackich kas.

– Takie postępowanie jest nie do zaakceptowania – mawiał, opowiadając się przeciwko machiavellistycznej teorii, zgodnie z którą cel uświęca środki. W konsekwencji atawistycznej nienawiści do Rosji, wyssanej, jak twierdził z mlekiem matki, Michał skłonny był też uważać twórcę ruchu konkurencyjnego dla PPS, nacjonalistę Romana Dmowskiego, za wariata.

– Tylko wariat i to wychowany w Galicji mógł wymyślać, że Rosja będzie chronić Polskę przed Ukraińcami i Litwinami – perorował w salonie Heleny Hardtowej doprowadzając tym samym jej syna, Stanisława, do białej gorączki.

– Narażasz naszą przyjaźń na szwank – ripostował młody prawnik wpatrzony w postać przywódcy narodowej Demokracji, jak w święty obrazek.

Adela starała się łagodzić spory pomiędzy bratem a przyszłym mężem, nie bardzo wiedząc, któremu z nich należałoby przyznać rację. Jej matka z zasady nie wdawała się w spory do jakich dochodziło na tym tle także pomiędzy jej własnymi dziećmi, opowiadającą się po stronie socjalistów Józefiną, należącycm do Strzelców Edmundem i prawicowo nastawionym Staszkiem, późniejszym działaczem ENDECJI. Przyjmowała postawę neutralną, a jeśli już komuś miałaby przyznać rację to tym, którzy ratunku dla Polski szukali daleko poza granicami kraju, we Francji albo w Stanach Zjednoczonych. Była świadkiem odsłonięcia ufundowanego przez Paderewskiego w 1910 roku w Krakowie pomnika mającego uczcić pięćsetną rocznicę zwycięstwa Pod Grunwaldem.

– Podczas odsłonięcia głos zabrali marszałek Sejmu Krajowego Stanisław Badeni, prezydent Krakowa Juliusz Leo i fundator pomnika Ignacy Jan Paderewski – relacjonowała Józefina, którą matka zabrała wówczas ze sobą, pomimo protestów pozostałego rodzeństwa. Wszyscy chcieli jechać, ale Helena okazała się nieustępliwa, gdyż chciała z Józefiną pobyć sam na sam.

– Za udział w bitwie pod Grunwaldem Wąsowiczowie otrzymali nadanie szlacheckie – oświadczył Michał, gdy wspomniała

o swojej bytności w Krakowie. Tym sposobem pomiędzy Heleną

a jej przyszłym zięciem zawiązało się milczące porozumienie. Chroniła go przed atakami swoich własnych dzieci, przyznając mu

w głębi ducha rację, że ani Austria, ani tym bardziej Rosja nie staną się gwarantem i fundamentem odrodzenia Polski.

Będąc sceptykiem z urodzenia Michał nie podzielał wiary zwolenników skonsolidowania wszystkich ruchów niepodległościowych pod egidą Austrii i nie dał się przekonać Mundkowi, że dzięki temu Polska odzyska wreszcie po stu latach zaborów niepodległość. Pomysł Piłsudskiego, aby walkę o niepodległość oprzeć o Austrię wydawał mu się równie utopijny jak niegdyś pomysł Dąbrowskiego, aby połączyć siły z Napoleonem. Napoleon, zdaniem Michała, zainteresował się wprawdzie sprawą polską, ale nigdy nie był zainteresowany odbudową Rzeczpospolitej, po pierwsze, dlatego że nienawidził wielkich narodów, a po wtóre, dlatego że nienawidził ducha niepodległości. Michał wątpił w skuteczność działania Legionów, które kojarzyły mu się z Legionami walczącymi niegdyś u boku Napoleona w nie swojej sprawie.

– Będzie tak jak z Napoleonem, któremu Polacy zawierzyli ślepo, lecz po prawdzie niczego nie zyskali ani zyskać nie mieli, gdyż Bonaparte był ostatnią osobą, której mogłoby zależeć na przywróceniu Polsce statusu państwa przedrozbiorowego – stwierdził autorytatywnie, po czym śmiejąc się dodał:

– Jeśli w Polsce na czymś mu zależało, to tylko na uwiedzeniu pani Walewskiej.

– Ależ co też ty mówisz? – oburzyła się Adela. – Napoleon był Francuzem, a Francuzi byli zawsze naturalnymi sprzymierzeńcami Polski.

– Bonaparte gotów był do rokowań z Prusakami i carem nie bacząc na Polskę – upierał się przy swoim zdaniu Michał. – Piersi polscy legioniści walczący pod flagą francuską w polskich mundurach ślepo ufali Bonapartemu, a w efekcie końcowym I Legion został rozbity przez Suworowa w bitwie, pod Trebbia, drugi pod Marengo,

a trzeci, który stanowiła Legia Naddunajska padł pod Hohenlinden, z resztek zaś powstała ekspedycja do stłumienia powstania niewolników na San Domingo.

– Ale później – odezwał się Stanisław Hardt – po utworzeniu Legii Północnej, którą dowodził książę Józef Poniatowski, Polacy dzielnie odpierali Austriaków między innymi w bitwie pod Raszynem.

– Nasza mama wyszła za mąż za Francuza – dodała żartobliwym tonem Adela spoglądając przy tym na matkę. – Prawda mamo?

Pani Helena roześmiała się tylko w odpowiedzi i wyszła

z salonu, odprowadzana życzliwymi spojrzeniami obecnych. Wiele słyszała od swojego męża na temat Napoleona, ale nie chciała zabierać na ten temat głosu, zwłaszcza że Edmund Karol Hardt, podobnie jak cała jego rodzina z całą pewnością do obozu bonapartystów nie należał.

Niektórych zdumiewała owa niechęć Wąsowicza do Napoleona. Michałowi od dziecka opowiadano, że jego pradziad, Mikołaj Wąsowicz, zawędrował wraz z Napoleonem do Hiszpanii i okrył się sławą szarżując wąwóz pod dowództwem Kozietulskiego w wielkiej bitwie pod Samosierrą. Początkowo był z tego powodu bardzo dumny, ale w miarę zdobywania wiedzy stawał się coraz większym sceptykiem. Miał wyrobiony pogląd na temat przyczyn utraty przez Polskę niepodległości.

– To nie tylko kwestia splotu nieszczęśliwych okoliczności dziejowych, rosnących w siłę ościennych monarchii absolutnych,

w czasie gdy u nas szerzyło się bezhołowie i warcholstwo – powtarzał ilekroć dochodziło do dyskusji na ten temat. – Oczywiście, że jesteśmy sobie sami w jakiejś mierze winni – dowodził – ale tak naprawdę moim zdaniem tego nieszczęścia nie sposób było uniknąć. Polska, wielka, mocarna, rozciągająca się od morza do morza, skoligacona ze wszystkimi domami panującymi w Europie, nie w smak była sąsiadom.

– Upraszczasz nadmiernie sprawę – oburzał się w takich wypadkach Stanisław Hardt.

– Ach, ten twój nacjonalizm – irytował się Michał, gdy przyjaciel zgodził się zagrać w wystawianym przez teatr amatorski Nocy listopadowej, a teraz zadręczał wszystkich interpretacją swojej roli.

– Rodzina naszego pradziadka, Mateusza Hardta uciekała

z Francji przed rewolucją – odezwała się nieśmiała zazwyczaj Józefina Hardt chcąc przerwać spór pomiędzy bratem a przyszłym szwagrem.

Michał roześmiał się, a Stanisław machnął ręką lekceważąco.

– Za chwilę usłyszymy, że Hardtowie wybrali Polskę, bo sprawa niepodległości Polski poruszyła wielu Francuzów.

– W Paryżu o Polsce było głośno – poparła córkę Helena – mąż opowiadał mi, że jego ojciec na własne uszy słyszał jak skandowano „Vive La Pologne”.

– Coś podobnego? – odezwał się Michał co nieco zaskoczony.

Patrząc z perspektywy czasu Michał, nie podzielał entuzjazmu swojego pradziadka Mikołaja, ani też dziadka Franciszka, który brał czynny udział w powstaniu listopadowym, ani nawet własnego ojca również Franciszka powstańca styczniowego i mawiał, że nie tędy droga. Nie mógł darować strat, jakie ponieśli Polacy zdobywając wąwóz Somossierry pod wodzą Kozietulskiego, gdzie wśród trzystu jeźdźców posłanych przez Napoleona na pewną śmierć znalazł się jego własny pradziadek. Ubolewał, gdy 13 czerwca 1915 roku dowodząc szarżą ułańską pod Rokitną porównywaną przez wszystkich do tej, która rozegrała się niegdyś pod Somosierrą, poległ jego stryjeczny brat, rotmistrz Zbigniew Dunin Wąsowicz. Zbigniew był kawalerzystą od pokoleń, albowiem jego ojciec, Bolesław, służył w austriackich ułanach. Jednostkę, którą dowodził, stworzył i wyćwiczył w Przegorzałach.

Bracia Adeli, podobnie jak niegdyś ich ojciec, wysocy

i postawni, byli skłonni nawet przyznać Michałowi rację, ale ich przyjaciel, młody Chalawa, którego siostra Stefania zaręczyła się właśnie

z Edmundem Hardtem, od razu by go na pojedynek wyzywał za obrazę świętości narodowej.

***

Śmierć arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego małżonki wzbudziła powszechne oburzenie mieszkańców krolestwa Galicji i Lodomerii, a sobotę 4 lipca 1914, ogłoszono dniem żałoby i za ofiary zamachu odprawiono żałobne nabożeństwo we lwowskiej katedrze Nie brakło jednak uwag krytycznych pod adresem generała Oskara Potiorka wojskowego gubernatora Bośni i Hercegowiny, jak i Fehima Efendi Curcicia burmistrza Sarajewa.

– Zamordyzm nie popłaca – stwierdził Michał, po tym jak 14 lipca w budynku poselstwa w Belgradzie wybuchła bomba zabijając posła austro-węgierskiego barona Giessela. – Teraz już

z całą pewnością będzie wojna! Rzeczywiście 27 lipca doszło do zerwania stosunków dyplomatycznych a Serbia zarządziła powszechną mobilizację.

– Nie cieszysz się chyba z tego powodu? – popatrzyła na niego z przerażeniem Ada, gdy jako rezerwista armii austriackiejzostał powołany pod broń.

– No cóż – odparł po chwili zastanowienia – nie ma innej drogi do odzyskania niepodległości. Sami musimy ją sobie wywalczyć. Michał daleki był jednak od euforii jaka ogarnęła oficerów polskich drużyn strzeleckich i Polskich Związków Strzeleckich. Strzelcy przemieniali się w polskich żołnierzy – Pierwszą Kompanię Kadrową, która miała stać się pierwszym oddziałem tworzonych Legionów – by 6 sierpnia 2014 wyruszyć z Oleandrów pod dowództwem Józefa Piłsudskiego na wojnę z Rosją.

– To już nie będzie wojna partyzancka – perorował stryjeczny brat Michała, rotmistrz Zbigniew Dunin-Wąsowicz, który złożył wizytę w mieszkaniu Heleny Hardtowej przy Nowym Świecie zanim Michał i Adela pobrali się. Była zaskoczona, gdyż Michał wcześniej wspominał

o antagonizmie istniejącym od lat pomiędzy ojcem Michała, Franciszkiem a ojcem Zbigniewa, Bolesławem Dunin-Wąsowiczem oficerem Cesarskiej i Królewskiej Armii i szambelanem dworu cesarskiego.

– Prosimy do salonu – powiedziała, uśmiechając się przyjaźnie do tego niezapowiedzianego gościa.

– Przepraszam za to najście – zaczął nieśmiało – ale mam nadzieję, że w tych niecodziennych okolicznościach zostanie mi to wybaczone.

– Pan zapewne chciałby widzieć Michała? – zapytała, choć to było niemal oczywiste.

– Do pani przede wszystkim, panno Adelu – odparł zbijając ją tym samym z kontenansu.

– Do mnie? – zapytała. – A czemuż to?

– Bo widzi pani – zawahał się, przez co zapadła chwila kłopotliwego milczenia – mój ojciec jest już starym i schorowanym człowiekiem, a wciąż ciąży mu sytuacja panująca w naszej rodzinie.

– Tak? – podchwyciła Adela.

– Pomyślał, że może pani potrafiłaby wpłynąć na Michała, by położyć temu kres.

Adela nie od razu zorientowała się, ku czemu zmierza ta rozmowa i dopiero gdy podawała gościowi filiżankę z herbatą ogarnęła ją nagła fala niepokoju, co powie jej narzeczony, gdy dowie się o tej wizycie. Tymczasem Zbigniew Dunin-Wąsowicz zaczął opowiadać

o sobie i tym też sposobem dowiedziała się, że po ukończeniu korpusu kadetów w Łobzowie pod Krakowem poświęcił się zawodowej służbie wojskowej.

– Mianowany zostałem podporucznikiem kawalerii austriackiej w 1910 roku i do 1912 roku służyłem w 13 Pułku Ułanów.

– Dlaczego zatem wystąpił pan z wojska? – zapytała nieśmiało.

– Ależ, Adusiu – wtrąciła się do rozmowy Józefina – nie zadaje się takich pytań.

– Ależ bardzo proszę, nie mam nic przeciwko temu – zaprotestował Zbigniew Dunin-Wąsowicz – bardzo proszę pytać,

o co tylko pani ma ochotę, chętnie odpowiem na każde pytanie.

Adela wiedziała, o co zapytałby Michał i drżała na samą myśl, że narzeczony wpadnie lada chwila i obaj panowie staną oko

w oko z przeszłością.

– Przeszłość nie powinna nas dzielić – powiedział ściszonym głosem – a gdy spojrzała na niego swoimi pięknymi szaroniebieskimi jednego dnia, a drugiego szarozielonymi oczami ze zdziwieniem, szybko dodał:

– Mnie i Michała naturalnie.

– To zrozumiałe – powiedziała uśmiechając się znowu przyjaźnie – w końcu jesteście panowie rodziną.

– Bliską rodziną, panno Adelu – podkreślił żegnając się – bardzo bliską.

***

Czekała na Michała niecierpliwie nie bardzo wiedząc jak powiedzieć mu o tym, że podjęła się roli mediatora w pewnej bardzo delikatnej sprawie.

– Ty chyba oszalałaś, moja droga – zganiła ją matka, gdy tylko wyszło na jaw, jaki był rzeczywisty cel wizyty rotmistrza Wąsowicza – nie powinnaś mieszać się w nieswoje sprawy.

– Ależ, to także moja sprawa – zaprotestowała – jakby nie było niebawem stanę się częścią tej rodziny.

– Ada ma rację – stanęli w obronie siostry obaj bracia – skoro rotmistrz zdecydował się na ten krok i złożył nam wizytę,

należy porozmawiać z Michałem.

– Jestem pewna, że Michał potrafi docenić ten jego gest – orzekła Ada z wrodzoną sobie naiwnością.

– To bardziej bolesna sprawa aniżeli wszystkim wam się wydaje – podsumował dyskusję Bronisław Zborowski, który zjawił się akurat na kolacji, jak zwykle niezapowiedziany. – Drogi Franciszka

i Bolesława Dunin-Wąsowiczów rozeszły się dawno temu; z chwilą wybuchu powstania styczniowego.

– O tym właśnie wspominał Michał – westchnęła cichutko Adela darząca wuja Bronisława wielkim szacunkiem. – Mówił, że kiedy jego ojciec Franciszek walczył w powstaniu, jego stryj ani myślał nadstawiać karku i zaszył się w Wiedniu.

– To nie zmienia faktu, że to zacna rodzina – przeciął dyskusję Bronisław Zborowski.

– Dlaczego zatem stryj Michała nie poszedł do powstania, tak jak jego bracia? – zapytała Ada.

– Ano właśnie w tym rzecz – roześmiała się Helena Hardtowa – tego nikt nie wie.

Bronisław spojrzał na siostrę z uznaniem.

– Trzeba mówić o naszej tożsamości narodowej, zwłaszcza teraz, gdy rysują się widoki na odzyskanie niepodległości. Niestety ta niepodległość znowu zostanie okupiona krwią.

– Ale to nie będzie długa wojna? – zaniepokoiła się Helena.

– Nie sądzę, aby była długa – odparł Bronisław – ale wojna to wojna.

– To straszne – znowu cichutko westchnęła Adela, a po chwili zapytała:.

– Uważacie zatem, że nie powinnam wstawiać się za rotmistrzem u Michała?

Pani Helena spojrzała wymownie na swego brata, lecz ten milczał przez dłuższą chwilę, więc w jadalni zapanowała cisza, którą przerwał starszy brat Adeli, Mundek, mówiąc, że nie jasne jego zdaniem były powody, dla których rotmistrz Zbigniew Dunin-Wąsowicz przeszedł do rezerwy.

– Wspomniał, że na własną prośbę – odważyła się odezwać Adela, uchodząca za osobę najmniej ze wszystkich wiedzącą w tej rodzinie. Staszek Hardt roześmiał się patrząc na siostrę

z politowaniem:

– To oczywiste, gdyby go wyrzucono nie mógłby dzisiaj zajmować się ruchem strzeleckim.

Po ogłoszeniu mobilizacji udał się do Brzeżan, gdzie objął kierownictwo wyszkolenia pozostałych w obozie strzelców.

– Ale ponoć zrezygnował z tej funkcji i dlatego właśnie przyjechał teraz do Lwowa – wtrąciła znowu nieśmiało Adela.

– Tak ci powiedział? – zapytał Stanisław Hardt, jak zawsze

nazbyt dociekliwy prawnik.

Adela w odpowiedzi tylko skinęła głową.

Nigdy nie doszło do spotkania Michała Dunin-Wąsowicza ze Zbigniewem Dunin-Wąsowiczem, gdyż zanim Michał się na nie zdecydował, młody rotmistrz wyjechał do Krakowa, gdzie 11 sierpnia objął dowództwo oddziału Sokołów Konnych przy oddziałach Piłsudskiego, a później brał udział w potyczkach w okolicy Kielc. Zginął dowodząc szażą ułanów pod Rokitną.

***

Na wiosnę 1915 roku Druga Brygada Legionów została podzielona na 3 grupy taktyczne pod dowództwem odpowiednio majora Januszajtisa, pułkownika Hallera i podpułkownika Roji.1 kwietnia dowódcą Drugiej Brygady mianowano Austriaka Ferdynanda Küttnera, a 16 dni później oddziały polskie zostały skierowane na pogranicze Bukowiny i Besarabii, gdzie zostały podporządkowane generałowi Ignazowi Kordzie. 3 Pułk Piechoty Legionów został rozlokowany na odcinku frontu pomiędzy wsiami Dobronowce i Toporowce. Artyleria znalazła się w Bałamutówce, ułani 3 szwadronu w rejonie Rarańczy,

a 2 szwadron w oddalonej o około 10 kilometrów miejscowości Kotul– Ostrica. W pierwszych dniach czerwca z 2 i 3 szwadronu ułanów utworzono II dywizjon kawalerii legionowej, nad którym dowództwo powierzono rotmistrzowi Zbigniewowi Dunin-Wąsowiczowi. Dowódcą drugiego szwadronu został porucznik Jerzy Topór– Kisielnicki, a trzeci szwadronu objął porucznik Juliusz Klasterski.

12 czerwca 1915 roku rozpoczął się wspólny atak oddziałów Drugiej Brygady i sąsiadujących z nimi z prawej strony oddziałów związku taktycznego pułkownika D. Pappa, a oraz rozlokowanych od lewej oddziałów 42 dywizji piechoty, w celu zdobycia zajmowanych przez Rosjan pozycji w okolicy wsi Rokitna. Pomimo zaciekłych walk wojska austriackie i polskie nie osiągały założonych celów strategicznych. 13 czerwca w godzinach przedpołudniowych pozycje 42 dywizji zostały zagrożone przez nacierające oddziały rosyjskie, w związku z czym rotmistrz Dunin-Wąsowicz został wezwany do szefa sztabu II Brygady kapitana Vargasa. W celu wyparcia oddziałów rosyjskich z pozycji we wsi Rokitna drugi i trzeci szwadron miał zaatakować z lewej flanki, wsparty przez piechotę, potrójne okopy rosyjskie. Około południa rotmistrz Zbigniew Dunin-Wąsowicz osobiście poprowadził swoich ułanów do walki i po przekroczeniu bagnistych brzegów rzeczki Rokitnianki, skierował trzeci szwadron do rezerwy, a z drugim ruszył do ataku.

W ciągu około 15 minut ułani przedarli się przez trzecią linię wroga, lecz z szarży 64 ułanów wróciło sześciu. Poległ również ich dowódca.

***

O pierwszej wojnie światowej opowiadała mi babcia Adela Dunin-Wąsowiczowa i ojciec Ludwik Krupiński, który w 1914 roku miał zaledwie siedem lat.

Mówiono o niej w szkole i na studiach, gdzie nauczono mnie patrzeć na rozgrywające się na przestrzeni dziejów konflikty inaczej, przez pryzmat kryjących sięza nimi wielkomocarstwowych interesów. Wiedziałam stąd, żedo wybuchu wojny doprowadziła rywalizacja Niemiec z Francją, Wielką Brytanią i Rosją,a zapalnikiem

było zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda na moście w Sarajewie.

Na moście tym stanęłam dokładnie w pięćdziesiątą rocznicę tamtych wydarzeń, latem 1964 roku w drodze z Belgradu do Dubrownika i wtenczas matka Zofia Krupińska powiedziała, że w tym właśnie miejscu został zastrzelony razem ze swoją żoną Zofią, księżną Hohenberg. Zapytałam dlaczego, a ona zaczęła opowiadać o wojnie na Bałkanach wywołanej przez Włochy, które zaatakowały imperium osmańskie,

i o bezprawnej aneksji Bośni dokonanej przez Austro-Węgry a także o dążeniach wielu narodów do odzyskania niepodległości.

– Jestem przekonana, że początków rywalizacji pomiędzy Francją a Niemcami można doszukiwać się w podziale imperium Karola Wielkiego – oświadczyła na koniec, popijając kawę z maleńkiego tygielka z dlugą rączką w jakiejś tureckiej kafejce,

a gdy spojrzałam na nią ze zdziwieniem, dodała, że takiego zdania był zawsze jej ojciec Michał Dunin Wąsowicz. Był niemiłosierny upał, umierałam z pragnienia i tamta wojna nie obchodzila mnie nic a nic, lecz ona niezmordowanie ciągnąla dalej:

– Niemcy były trwale związane Trójprzymierzem z Austrią i Włochami i zobowiązane jej pomóc w wypadku napaści. Żaden układ natomiast nie zobowiązywał Rosji do wystąpienia w obronie Serbii ani Wielkiej Brytanii,

ani też do udzielenia wsparcia Rosji w wypadku, gdyby opowiedziała się po stronie Serbii. Nie musiało zatem dojść do wojny, ale gdy

4 sierpnia Niemcy ruszyli na Belgię, Wielka Brytania, choć nie była stroną francusko-rosyjskiego przymierza, najpierw wystosowała ultimatum, a następnie wypowiedziała Niemcom wojnę.

– Nie zapominaj, że to państwa Ententy zostały zaatakowane – przerwał monolog mojej matki mój ojciec, gdy wyjechaliśmy z Sarajewa w kierunku Adriatyku.

– To prawda, ale nie kto inny tylko właśnie Niemcy chciały przyłączyć wschodnie prowincje Belgii, Austria Serbię i część Rumunii, a także ugruntować

swoje panowanie w Galicji – obstawała przy swoim zdaniu. Wyglądało na to, że zaczną się kłócić i za chwilę wypomni mu, że jego babka była rodowitą Niemką.

– Od północnej granicy Szwajcarii aż po kanał la Manch utworzył się front, na którym tylko trzy bitwy pod Ypres, pod Vimy i nad Somą pochłonęły ponad milion ofiar. Przez sam środek Polski w rejonie Łodzi przebiegał natomiast front wschodni, a jednocześnie toczyły się walki w Karpatach, które doprowadziły do przedarcia się Niemców na teren Rosji. Kraków był miastem garnizonowym i mial strategiczne polożenie. Krok tylko dzielil nas od granicy przebiegającej

w rejonie Miechowa.

– I ty to może pamiętasz? – zapytała moja mama lekko sarkastycznym tonem, tak jakby chciała podkreślić, że jest młodsza od niego o cale dziesięć lat.

– Oczywiście, że nie – odparł z uśmiechem – ale chodziłem

z bańkami po mleko 5 kilometrów do wsi, bo miasto było oblężone i był głód. Zostaliśmy pomimo ewakuacji, bo akurat wtedy na dniach miał urodzić się mój brat.

– Straszne – pomyślałam patrząc na rodziców. Moja mama przyszła na świat 7 lipca 1915 roku, więc nie pamiętała wojny, ale co musiała przezywać wtedy moja babcia wolałam nie myśleć W ogóle lepiej nie myśleć w wojnie jeśli się nie musi! Dlaczego więc teraz o tym piszę? Licho wie!

***

Michał Wąsowicz bezpośrednio po uzyskaniu dyplomu podjął pracę, do czego był absolutnie przymuszony sytuacją materialną swoją i swojej rodziny, Stanisław Hardt natomiast, pozostając pod protektoratem nieprawdopodobnie bogatej ciotecznej babki, kniazini Katarzyny Glińskiej, mógł pozwolić sobie na luksus dalszego studiowania na Uniwersytecie Jana Kazimierza

i pisania pracy doktorskiej. Po wybuchu pierwszej wojny światowej Michał, jako były uczeń przemyskiego gimnazjum i oficer rezerwy, a co ważniejsze pracujący już w lwowskiej Kasie Chorych prawnik, trafił do 20 Pułku Piechoty, wchodzącego

w skład 12 Krakowskiej Dywizji Piechoty, co znacznie pokrzyżowało jego matrymonialne plany. Niecierpliwił się pisząc ze Stanisławowa, gdzie wówczas stacjonował

i pracował, jako kancelista tamtejszego sądu wojskowego, że nie może liczyć na więcej niźli dwa dni urlopu 29 i 30 sierpnia 1914 roku. W liście obligował brata Adeli, Staszka Hardta, do dania zapowiedzi na czas i przygotowania uroczystości, a ją do zakupu obrączek.

Stanisław, jako przyjaciel pana młodego i brat panny młodej, miał wystąpić w charakterze świadka, w końcu to za jego sprawą młodzi się poznali, oponował jednak podnosząc, że lepiej byłoby poczekać na rozwiązanie konfliktu, co słysząc Ada dostawała białej gorączki. Poparła ją zdecydowanie matka i ostatecznie Michałowi

i Adeli udało się wziąć ślub we Lwowie dopiero 27 września 1914 roku. Nie była to decyzja rozsądna, ale oboje byli bezgranicznie szczęśliwi i żadne

z nich nie myślało o wojnie. Ta toczyła gdzieś daleko i zdawała się nie zagrażać ani jej, ani jemu. A w każdym bądź razie nie teraz, nie w czasie ich cudownej, długiej, ciągnącej się aż do pierwszego brzasku nocy poślubnej, pełnej namiętnych pocałunków

i gorących wyznań.

– Przysięgnij mi, na Boga, że nie zginiesz – zażądała Ada, gdy zaczął sposobić się do śniadania. Wiedziała, że niebawem do sypialni wkroczy matka, aby upewnić się, że do utraty przez nią dziewictwa doszło w trakcie nocy poślubnej. Uśmiechnęła się na myśl, co by się działo, gdyby doszło do ich zbliżenia wcześniej.

– Co cię tak rozbawiło? – zainteresował się Michał, ale milczała. Tego akurat nie mogła mu powiedzieć.

Michał tymczasem rozmyślał nad swoim własnym położeniem, w jakim się nieoczekiwanie znalazł, o wojnie i o wojsku, do którego został siłą wcielony. Austriackim a nie polskim.

– O polskim mogę sobie tylko pomarzyć – ciężko westchnął, co wzbudziło niepokój Ady.

– Myślę o wojsku, o jakim wciąż wszyscy tylko śnimy.

Z chwilą poślubienia Ady pojawił się niezmiernie silny imperatyw, aby przetrwać czas chaosu. Przeżyć. Z całą pewnością nie należał do gotowych na wszystko, a w tym na śmierć, marzycieli, pomimo że sam pochodził z rodziny o głęboko patriotycznych korzeniach.

– Musimy jakoś przeżyć to piekło – odezwał się Staszek przy porannej kawie.

Michał wiedział, że szwagra, urodzonego pacyfistę, najbardziej interesowała zawsze historia ludzkości i przyczyny upadku kolejnych cywilizacji, za które obwiniał wojny. Nie zdziwił się więc, gdy Stanisław Hardt zaczął analizować sytuację niezrażony tym, że mało kto go słucha.

– Intuicja od dawna podpowiadała mi, że po zakończeniu wojny krymskiej w 1856 roku stosunki między Rosją a Austrią uległy tak znacznemu pogorszeniu, że prędzej czy później musi dojść do konfrontacji pomiędzy wielkimi mocarstwami – perorował swoim mentorskim tonem.

– To prawda – zgodził się z bratem Edmund Hardt – wojna stała się nieunikniona, ale dopiero po wojnie francusko-pruskiej.

– Po wojnie francusko-pruskiej? – podchwyciła Ada, zdradzając się tym samym, że nie wie o jakiej wojnie mowa.

Stanisław Hardt spojrzał na siostrę z dezaprobatą mówiąc, że to efekt pracy kanclerza Rzeszy, Bismarcka, który tworząc trójprzymierze Niemcy-Austro-Węgry i Włochy oraz podejmując próbę osadzenia na tronie Hiszpanii pruskiego księcia Leopolda von Hohenzollern-Sigmaringena, dążył do otoczenia a tym samym odizolowania Francji, która ze zrozumiałych powodów nie mogła dopuścić do uzyskania przez Prusy wpływów w Hiszpanii i w efekcie osaczenia jej przez wrogie mocarstwa.

–Ach! I udało mu się? – radosny głos Ady wywołał salwę śmiechu, co widząc Michał otoczył żonę ramieniem.

– No cóż, kochanie ty moje – westchnął – wojnę zakończono podpisaniem 10 maja 1871 traktatu pokojowego we Frankfurcie. Skutkami wojny dla Francji były wypłata państwu pruskiemu odszkodowania, ostateczne zniesienie monarchii we Francji i ustanowienie republiki oraz utrata bogatych, granicznych krain Alzacji i Lotaryngii. Gdyby Francja wygrała tamtą wojnę, sytuacja dzisiaj wyglądałaby inaczej. A tak przyszło nam walczyć za Austro-Węgry, za cesarza Franciszka Józefa,

a Francja, która na nasze nieszczęście sprzymierzyła się z Rosją, stała się naszym wrogiem. W efekcie takiego układu Polacy z zaboru rosyjskiego staną do walki przeciwko swoim rodakom z Galicji.

– Oby do tego doszło ! – glos Ady zdradzał przerażenie. – To tak, jakbyśmy mieli niebawem znaleźć się w oku cyklonu!

– Zaborcy prześcigają się teraz w czynieniu obietnic bez pokrycia, aby przeciągnąć nas na swoją stronę, ale Polacy nie są tacy głupi – włączyła się do rozmowy żona Stanisława Hardta piękna Adejajda de Poest.

– Co ty wygadujesz moja droga – oburzył się Stanisław. – Popatrz do czego doszło! – zaperzył się tracąc niemal oddech. – To że zrobili ludziom wodę z mózgu jestem w stanie pojąć, ale popatrz ile światlych umysłów dało się nabrać !

– Nie pojmuję o czym Stasiu mówisz – w oczach Adelajdy odmalowalo się zdziwienie. – Odmienność orientacji?

– Staszek ma rację – stwierdził Michał. – Dmowski liczy na Rosję, Haller na Francję, Piłsudski na Austrię. Pusty śmiech człowieka ogarnia co to za idioci! A na domiar złego kłócą się pomiędzy sobą. Bezpośrednio po wybuchu wojny w Krakowie zawiązał się Naczelny Komitet Narodowy, na czele którego stanął, jako prezes Juliusz Leo, zaś na czele jego departamentu wojskowego, jego przyjaciel, Władysław Sikorski. Wszyscy wiedzieli, że Sikorski podobnie jak Zagórski należał do oponentów Piłsudskiego, co miało okazać się niebawem nie bez znaczenia. Komitet ten z konieczności jednak utrzymywał kontakty z Polską Organizacją Narodową Piłsudskiego. 16 sierpnia 1914 roku Józef Piłsudski, stanął na czele Pierwszej Brygady. Drugą Brygadą dowodził najpierw generał Kutner,

a następnie generał Józef Haller. Trzecia Brygada utworzona w 1916 roku znalazła się pod dowództwem generał Szeptyckiego.

– To potworne – załamała ręce Ada. – Ale mówi się, że Austriacy przegrywają?

– Mogłoby się wydawać, że tak, ale to bardziej skomplikowana sprawa – stwierdził Michał.

– Jak to? – zaprotestował Edmund. – Na samym początku Ruscy skopali im tyłki pod Lwowem i Rawą Ruską.

– To prawda, ale my akurat nie mamy się z czego cieszyć!

– Plany naczelnego dowództwa niemieckiego przewidywały najpierw uderzenie wszystkimi siłami na Francję i Belgię, natomiast czoło armii rosyjskiej miała stawić armia austriacka. Tymczasem wojska austriackie uderzające z północy natknęły się na siły serbskie i w sierpniu przegrały z nimi bitwę pod Cerem – objaśnił Stanisław Hardt.

– Co to oznacza? – zainteresowała się Ada, lecz jej brat nie zwrócił na to uwagi.

– We wrześniu Rosjanie rzeczywiście pokonali Austriaków pod Lwowem oraz Rawą Ruską i dopiero po tych przegranych bitwach Naczelne Dowództwo Austriackie nakazało odwrót armii austro-węgierskiej za linię Sanu.

– A więc to prawda, że od 17 września oblegany jest przez wojska rosyjskie Przemyśl? – zapytała Helena Hardtowa,

a z jej tonu można było wnosić, że martwi się o mieszkających tam bliskich.

– Ta wojna nie zakończy się do Bożego Narodzenia – stwierdził Michał. Wbrew obiegowym sądom był o tym przekonany, lecz nie przewidział, że zanosi się wieloletnią, najbardziej krwawą wojnę w historii Europy. Jego obawy potwierdziły się, gdy 29 października 1914 roku Turcja przyłączyła się do państw centralnych i stało się jasnym, że alianci stracili możliwość udzielenia pomocy Rosjanom poprzez cieśniny czarnomorskie.

Z Kevinem Kennerem 

rozmawia Izabela Jutrzenka-Trzebiatowska

Kevin Kenner (ur. 1963 Coronado, Kalifornia) – zwycięzca XII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie (1990) – początkowy etap nauki gry na fortepianie odbył u Krzysztofa Brzuzy w College of Music w San Diego. Mając siedemnaście lat przeniósł się do Krakowa, gdzie pod okiem prof. Ludwika Stefańskiego przygotował się do udziału w X edycji konkursu chopinowskiego (1980). Kolejny etap kształcenia muzycznego odbył pod kierunkiem Leona Fleishera w Peabody Conservatory of Music w Baltimore, a następnie u Karla-Heinza Kämmerlinga w hanowerskiej Hochschule für Musik (1981-1990).

Kevin Kenner jest laureatem takich konkursów, jak Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Giny Bachauer w Salt Lake City (1988), Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny Van Cliburna w Fort Worth (1989), Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Williama Kapella w College Park (1989) oraz Międzynarodowy Konkurs Muzyczny im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie (1990).

Od czasu wielkiego sukcesu, jakim było zdobycie laurów w dwóch z największych konkursów pianistycznych – w Warszawie i w Moskwie – pianista wielokrotnie występował w najważniejszych salach koncertowych całego świata i współpracował z najznamienitszymi dyrygentami i zespołami m.in. Halle Orchestra, Orkiestra Filharmonii Narodowej w Warszawie, NHK Symphony, Oslo Philharmonic, BBC Symphony Orchestra i orkiestrami symfonicznymi w San Francisco, New Jersey, St. Paul, Salt Lake City, Rochester, Baltimore i Brukseli.

Dyskografia Kevina Kennera obejmuje dzieła Chopina, Schumanna, Ravela, Paderewskiego, a także płytę „Piazzoforte”, która zdobyła nagrodę „Fryderyk” (2006) w kategorii album roku – muzyka kameralna.

http://www.kevinkenner.com/

IJT Spotykamy się na Zamku w Książu z okazji trwającego tu od tygodnia Międzynarodowego Festiwalu Kameralistyki Ensemble im. Księżnej Daisy. Czy może Pan przybliżyć ideę tego Festiwalu?

KK Moje zaangażowanie w Festiwal na Zamku w Książu było w tym roku ograniczone. Przyjechałem na sam koniec, na koncert finałowy, ponieważ dopiero co występowałem w Rwandzie. W zasadzie nie są to kursy mistrzowskie, lecz koncerty zespołów kameralnych złożonych z uczestników i profesjonalistów. Pomysł przypomina festiwal Rudofla Serkina – Marlboro Music w Vermont, gdzie możliwość realnego doświadczenia wykonywania muzyki przez studentów wspólnie z wykładowcami była wyżej ceniona niż dydaktyczne wskazówki w formie lekcji.

IJT Po raz pierwszy spotkałam Pana w podobnej roli podczas XV Międzynarodowego Festiwalu i Kursu Pianistycznego w Nałęczowie, ale znacznie wcześniej zachwyciły mnie porywające piękno i niezwykła śpiewność dźwięku, jaki udaje się Panu wydobyć z instrumentu. Zawsze uważałam Pana za duchowego następcę Arthura Rubinsteina. Czy odczuwa Pan jakiś rodzaj pokrewieństwa z nim?

KK Absolutnie tak! Dorastałem słuchając jego nagrań odkąd skończyłem jakieś dziesięć lat. Jego sposób interpretacji, jego klarowny i śpiewny dźwięk, prostota, bezpośrednie podejście – to ukształtowało moje wartości i stało się, jak wierzyłem i wierzę nadal, kwintesencją cech wielkiej pianistyki.

IJT Czy był Pan kiedykolwiek na koncercie Rubinsteina?

KK Udało mi się usłyszeć go tylko raz na żywo w podczas koncertu w Civic Center w San Diego. Grał II Koncert fortepianowy Brahmsa. Miałem wtedy dopiero jedenaście lat. I zasnąłem! Ale zapewniam Panią, że nie było to konsekwencją jego gry, tylko mojej niezdolności do docenienia tak monumentalnego dzieła w tak młodym wieku.

IJT Pański projekt Chopin Resonances zestawia w bardzo interesujący sposób muzykę Fryderyka Chopina i kompozytorów, dla których stał się on inspiracją. Wydaje się to pokrewne myśli prof. Mieczysława Tomaszewskiego w zakresie badania relacji inspiracji i rezonansu w muzyce. Czy projekt ten powstał pod jego wpływem?

KK Nie, niestety nie znam koncepcji prof. Tomaszewskiego. Ale tym bardziej jest to interesujące, że niezależnie doszliśmy do podobnych wniosków! Rozwinąłem ten pomysł w 2009 roku, przygotowując programy na uroczyste obchody dwusetnej rocznicy urodzin Chopina w roku 2010. Zauważyłem, że „materiał genetyczny” charakteryzujący muzykę Chopina na przestrzeni czasu obrał wiele rozmaitych ścieżek, „zmutował” na wiele interesujących i wyjątkowych sposobów. I jest to świadectwem geniuszu Chopina. Ten program jest moim osobistym hołdem dla dziedzictwa tego wielkiego kompozytora.

IJT Po Konkursie Chopinowskim w 1990 roku Jan Popis powiedział, że jest Pan mistykiem osiągającym najwyższy poziom transcendencji w grze, niosącym przesłanie niczym werset biblijny. Jego zdaniem traktuje Pan tekst chopinowski jak „Pismo Święte” stworzone ręką kompozytora1. Czy zechciałby się Pan do tego odnieść?

KK Była to recenzja, którą bardzo sobie cenię. Faktycznie pan Popis adekwatnie opisał, jaki jest mój stosunek do tekstu muzycznego. Jest on dla mnie, i zawsze był „Pismem Świętym”. Ale nie odczytuję go literalnie ani tak jak zrobiłby to fundamentalista. Doszedłem do postrzegania oznaczeń kompozytora na stronach tekstu jako żywotnych wskazówek, jako symboli, które dają odniesienie do istoty muzyki, do witalności i potęgi muzyki, która pierwotnie zainspirowała kompozytora. Przychodzi mi na myśl obraz pochodzący ze Starego Testamentu – Bóg przemówił do suchych kości i powiedział, że włoży w nie życie i okryje je ciałem i skórą. O tym myślę, gdy interpretuję tekst muzyczny. Jest to akt kreacji, ponownego odradzania się kompozycji w każdym wykonaniu utworu.

IJT Porusza Pan tutaj problem sposobu istnienia dzieła muzycznego, a właściwie fazy realizacji artystycznej, gdzie utwór stanowiący początkowo przedmiot intencjonalny (utrwalony w zapisie nutowym) staje się przedmiotem realnym, efektem konkretyzacji wykonawcy 2. Ale tym samym dotyka Pan problemów natury filozoficznej – ontologii dzieła sztuki. Niedawno kończąc lekturę Bohatera o tysiącu twarzy Josepha Campbella odkryłam, że był on inspiracją dla Pańskiego programu koncertowego The Hero’s Journey [Wędrówka bohatera]. Wydaje mi się, że jego myśl filozoficzna jest Panu bliska?

KK Jestem pod wrażeniem, że udało się Pani przebrnąć przez Campbella. To niełatwa lektura! Rzeczywiście jego idee były kluczowe dla kształtowania się mojego życia i wartości. Jeżeli interesuje się Pani mitologią porównawczą i religią, wtedy Campbell to „swój człowiek”. Otrzymałem raczej nietypowe wychowanie religijne i takie idee jak monomit zaoferowały mi drogę do wyzwolenia się od niefortunnie dogmatycznych aspektów mojej religii bez odrzucenia jej centralnego przesłania. Jak zauważył Campbell „każda religia jest prawdziwa w taki czy inny sposób. Jest prawdziwa, jeśli rozumieć ją metaforycznie”, czyli pod warunkiem, że potrafi się oddzielić ją od tego, co jest w niej zależne od okoliczności danego czasu i miejsca. Stąd nauczyłem się dostrzegać wartość i funkcję metafory. Gdy jest odczytywana i rozumiana poprawnie, pomaga odkrywać cudowne rzeczywistości.

IJT Zdaniem Campbella „w tradycjach religijnych punktem odniesienia dla metafory jest coś transcendentnego” 3…

KK W pełni się z tym zgadzam. Z tego punku widzenia, filozofia jest mi bliska… i być może Pani również, a także Pani rodzinie tak zaabsorbowanej sztuką? Przypuszczam, że byłoby trudno artyście nie być zafascynowanym obrazowością i symboliką, która może mieć tak wielką władzę nad naszym umysłem i uczuciami.

IJT Nie da się zaprzeczyć, że archetyp jest niewyczerpanym źródłem inspiracji dla artystów. Co tak naprawdę zafascynowało Pana w poglądach Campbella?

KK Być może to samo, co zafascynowało Panią, jakkolwiek wspomniała Pani wcześniej, że nie odnalazła dla siebie „odpowiedzi”

w książce.

IJT To prawda.

KK Proszę zauważyć, że książki mogą przedstawiać idee, które otwierają nasze wąskie bezpieczne horyzonty i przygotowują nas na prawdziwe d o ś w i a d c z a n i e życia.

Zdaniem Campbella – a jest to potężna campbellowska koncepcja – ludzie właściwie nie są zainteresowani odnalezieniem sensu życia ani systemu przekonań, ani też credo swojego życia

(chociaż mogą go poszukiwać). Tym czego tak naprawdę szukają jest „d o ś w i a d c z e n i e życia jako takiego, tak by nasze realne przeżycia na płaszczyźnie czysto fizycznej wywoływały rezonans

w głębi naszej najbardziej wewnętrznej istoty”5. Gdy to masz, sensy, idee i koncepcje blakną. Dla mnie, szczególnie jako twórcy muzyki –

w mojej opinii najbardziej abstrakcyjnej ze sztuk – to spostrzeżenie

było przełomowe.

IJT Czyż nie jest tak, że właśnie owo przeżycie jest kluczowe dla muzyki? Wykonawca musi być obecnym w danej chwili, wyczuwać swój instrument, publiczność i jej reakcje. W moim odczuciu wykonanie sprowadza się do „bycia” w muzyce i doświadczania muzyki jako czasowej formy sztuki, która wykracza poza słowa i znaczenia.

KK Nie tylko do bycia w muzyce, ale do bycia samą muzyką.

W wykonaniu, w każdym razie w natchnionym wykonaniu, nie ma rozdziału pomiędzy podmiotem a przedmiotem. Nie istnieje wykonawca, instrument, kompozytor, ani kompozycja. Wszystko jest unicestwione przez sam akt tworzenia muzyki. Przypomina mi się wielki amerykański pianista i nauczyciel Russell Sherman, który powiedział „Gdy gra się Beethovena trzeba służyć Beethovenowi. Nie, trzeba reprezentować Beethovena. Nie, trzeba być Beethovenem!”.

IJT „Kto nie jest Bogiem, nie może wielbić Boga”?

KK Wierzę, że prawdziwie wielkie tworzenie muzyki polega na kompletnej identyfikacji z muzyką; że nie jest wystarczającym posiadanie tylko jakiegoś logicznego zrozumienia czy planu interpretacji. Logika, idee, definicje – to są poręczne narzędzia dla nauczycieli. Ale uczenie idei o muzyce jest ostatecznie dokonywaniem przybliżeń. Prawda muzyki ostatecznie nigdy nie może być nauczona, tylko p r z e ż y t a. I właśnie dlatego trudno jest uczyć na przykład Mazurków Chopina.

IJT Wracając do Campbella, chciałabym spytać, jak zetknął się Pan z jego ideami. Wspominał Pan, że monomit był tylko jedną z idei, które wywarły na Pana wpływ.

KK Odkryłem Campbella jeszcze w czasach studenckich, gdy transmitowano serię programów telewizyjnych zatytułowaną The Power of Myth, sześć niezwykle interesujących wywiadów

z Campbellem. Transkrypcja tych wywiadów ukazała się i właśnie ta książka wprowadziła mnie do Campbella. Ale jedna rzecz prowadzi do kolejnych. Jest kilku innych myślicieli, którzy wydają się należeć do tego samego klubu, tej samej rodziny. William James, na przykład, amerykański psycholog, był dla mnie bardzo interesujący. Przeczytałem kilka jego książek: Pragmatism: A New Name for Some Old Ways of Thinking (1907), i inną, bardziej obszerną książkę Doświadczenia religijne (1902). Także czytałem dzieła zebrane Carla Gustava Junga, tak często stanowiące materiał źródłowy dla pomysłów Campbella, zwłaszcza w odniesieniu do jungowskich idei archetypu i ich powiązania

z campbellowską dyskusją nad ideami elementarnymi. Nie tak dawno natknąłem się na pisma Kalifornijczyka Roberta

A. Johnsona, który napisał kilka cudownie przystępnych książek na wiele tematów związanych z psychologią, które są bardzo campbellowskie i bardzo mnie zainteresowały. Erich Fromm i jego dyskusja nad kreatywnością i oryginalnością w książce Ucieczka od wolności (1941) także bardzo rozjaśniła moją pracę jako artysty. Inną książką, która także bardzo mnie zainteresowała jest Ego and Archetype Edwarda Edingera. Jest to gruntowne przedstawienie idei jungowskich

w odniesieniu do alternatywnego rozumienia symboli chrześcijańskich, odniesień biblijnych i ich związków z naukami alchemicznymi, co było jedną z obsesji Junga. Jest to kluczowa książka, która pomogła mi

w mojej własnej podróży duchowej.

IJT Program The Power of Myth sprawił, że idee campbellowskie przemówiły do mnie jeszcze silniej. A przy okazji nauczyłam się kilku nowych słówek, jak na przykład maverick…

KK Ach! Maverick. Jakże bogate słowo. Określenie używanie

niegdyś w stosunku do niepiętnowanej sztuki bydła, pochodzące od nazwiska hodowcy Samuela Mavericka. A dzisiaj jest to określenie osoby o niezależnych poglądach, typowego nonkonformisty. Maverick'ism jest cechą potrzebną każdemu artyście. Nie możemy ograniczać się do tradycji albo do tego co „rozsądne”. Tak czyni dyletant. Jak kiedyś powiedział Jung: „rolą artysty jest korygowanie braku równowagi epoki,

w której żyje”. Dyletant daje swojej publiczności przyjemność, artysta przebudzenie. To oznacza pójście po „największej linii oporu” jak napisał kiedyś Artur Schnabel. To wymaga odwagi… tak, jest to nawet heroiczne… ponieważ w byciu maverick'iem chodzi o bycie samym sobą. A to oznacza, że jesteś tam sam, obierając swoją własną drogę w nieznane, podatny na zranienie, nieosłonięty. Monomit, to jest wędrówka bohatera, jedna fundamentalna opowieść życia, bo każdy, tak czy inaczej, podejmuje tę wędrówkę, zaczynając od niebezpiecznego wyjścia z łona matki w nieznane i przybycia do innej nieznanej destynacji: śmierci.

IJT Zastanawia mnie teraz to, o czym mówił Pan wcześniej – że nie odrzucił centralnego przesłania chrześcijaństwa. Czy można interpretować Boga jako metaforę, pozostając chrześcijaninem?

Campbell i Jung byli głęboko zainteresowani wczesnochrześcijańskim ruchem nazywanym gnostycyzmem, który egzystował równolegle z głównym nurtem chrześcijaństwa. I gdyby nie niedawne odkrycie w Egipcie zwojów z Nag Hammadi, nie wiedzielibyśmy praktycznie niczego o tej wersji chrześcijaństwa. Teksty takie, jak Ewangelia Filipa i Ewangelia Tomasza, są pismami, których

wczesnochrześcijańscy przywódcy zdecydowali się nie włączać do kanonu biblijnego, jednakże dla mnie te odczytania chrześcijaństwa są fascynujące – odkrywają one niemalże buddyjski aspekt myśli wczesnochrześcijańskiej. Podczas gdy ortodoksyjni chrześcijanie byli zajęci spieraniem się i kłóceniem pomiędzy sobą o oficjalną definicję natury Trójcy Świętej i boskości Jezusa, a także natury jego jedności

z Bogiem Ojcem, teksty gnostyckie wiele wieków wcześniej

ustosunkowały się do tych problemów w całkowicie odmienny

sposób. Weźmy na przykład tę wypowiedź Jezusa z Ewangelii Tomasza: „Ten, kto pije z mych ust, będzie jak ja, a ja będę nim” 6.

Dla tradycyjnych chrześcijan jest to bluźnierstwo! Żeby istota ludzka identyfikowała się z Bogiem? – nawet Jezus wpadł z tego powodu

w tarapaty! W ten sposób pytanie o naturę boskości Jezusa staje się pytaniem o naszą własną boskość. Jest to pogląd, który zmienia poziom konwersacji z „imitowania Chrystusa” albo robienia tego, co robił Jezus, na (jak to Jung wnikliwie określił) przeżywanie własnego życia w całej jego indywidualnej wyjątkowości, tak jak Jezus przeżył swoje – i

w ten sposób, metaforycznie, bycie tym kim Jezus był. I jak powiedział Campbell: „Wszyscy jesteśmy manifestacjami świadomości Buddy […]

tylko o tym nie wiemy. Słowo buddha znaczy „przebudzony”.